Pomoc w ostatniej chwili
Słońce zaczęło już wschodzić, gdy jechałem w kierunku Czernicy. Tym razem nie dopadł mnie zmierzch, lecz świt. Otrzymałem standardowe zlecenie – samochód zjechał do rowu w nocnej mgle i trzeba go wyciągnąć. Nic skomplikowanego. Normalna pomoc.
Wjechałem na obwodnicę i zwolniłem na dojeździe, przepuszczając przed sobą srebrną Dacię Duster. Kierowca mignął awaryjnymi w ramach podziękowania. Miły gest. Uśmiechnąłem się do siebie i pojechaliśmy w tym samym kierunku – on przede mną, ja kilkadziesiąt metrów za nim.
Obwodnica była spokojna o tej porze. Kilka samochodów w obie strony. Myślałem o tym zleceniu pod Czernicą i sprawdzałem w głowie, czy mam wszystko, czego potrzebuję – linę, haki, rękawice… I wtedy coś zwróciło moją uwagę.
Auto przede mną zaczęło zachowywać się bardzo dziwnie.
Na początku to było ledwo zauważalne. Samochód lekko zboczył w lewo. Potem z powrotem w prawo. Jakby kierowca na chwilę stracił koncentrację. Może telefon? Może coś mu spadło?
Jednak chwilę później zjechał znowu – tym razem bardziej. I wrócił. I jeszcze raz.
Zacząłem obserwować go uważniej.
Dacia poruszała się po pasie ruchu jak wahadło. Z lewa na prawo. Z prawa na lewo. Delikatnie, ale wyraźnie. Jak ktoś, kto próbuje utrzymać tor jazdy, ale nie do końca mu wychodzi. Albo ktoś, kto walczy z czymś – ze snem, z nagłym bólem… Zwolniłem. Zwiększyłem odstęp. Coś tu było nie tak.
Może zmęczony? – pomyślałem. – Może zasnął za kierownicą?
Zaraz potem Dacia zjechała jeszcze bardziej w lewo przekraczając linię środkową.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
Hej, kolego, obudź się – pomyślałem, ściskając kierownicę mocniej.
Samochód wrócił na swój pas, aby chwile później znowu zjechać. Tym razem jeszcze dalej. Prawie całkowicie na pas przeciwny. I wtedy stało się jasne, że to nie jest zmęczenie ani telefon.
To jest coś poważnego.
Samochód całkowicie zjechał na przeciwległy pas ruchu i zaczął „tańczyć”.
Z lewa na prawo. Z prawa na lewo. Na całej szerokości jezdni. Chaotycznie. Bez kontroli. Jakby kierowca w ogóle nie trzymał kierownicy. Albo jakby stracił przytomność, ale jego noga nadal naciskała pedał gazu. Zobaczyłem to wszystko w zwolnionym tempie, choć działo się w ułamkach sekund.
Z naprzeciwka jechała ciężarówka. Kierowca nie miał dokąd zjechać – po prawej barierka, po lewej my. Zobaczyłem błysk świateł ciężarówki. Usłyszałem pisk opon. Dźwięk klaksonu.
Dacia minęła ją o centymetry. Cudem. Zwykłym, niepojętym cudem.
Zaraz za ciężarówką jechała osobówka – mały fiat. Kierowca zdążył w ostatniej chwili odbić i jednocześnie wrócić na swój pas. Też cudem. Widziałem ten samochód już na swojej masce.
A Dacia? Dalej tańczyła. Dalej jechała. I wtedy zobaczyłem trzeci samochód. Mini Cooper. Jechał spokojnie swoim pasem z naprzeciwka. Nie miał dokąd uciekać, a jego reakcja była zbyt wolna.
TRZASK.
Nastąpił huk ocierającego się o siebie metalu.
Dacia uderzyła Coopera od strony kierowcy i odbiła się z powrotem na swój pas, tracąc prędkość, ale wciąż się tocząc. Powoli. Jak zahipnotyzowana. Jak widmo. Nie zatrzymała się.
Moje ręce działały szybciej niż mózg. Włączyłem natychmiast światła awaryjne i sygnały na dachu lawety, chwyciłem radio. Zgłosiłem całkowite zablokowanie obwodnicy na odcinku Blizanowice-Łany. Poprosiłem o pomoc odpowiednie służby.
Nie czekając na odpowiedź wybiegłem z kabiny.
Dacia wciąż się toczyła. Powoli, ledwo zauważalnie, ale jednak. Kierowca nie hamował. Nie reagował. Nie robił nic. Inne auta już się zatrzymały. Ludzie wysiadali, gestykulowali, dzwonili po pomoc, ale jeszcze nikt nie podszedł do poszkodowanych.
Sprawdziłem szybko, czy mogę bezpiecznie udzielić pomocy. Ruch został całkowicie zablokowany, samochody stały, nie widać było dymu spod maski, ani cieknących płynów. Pobiegłem do Dacii od strony pasażera, która nie miała uszkodzonych drzwi.
Wskoczyłem do środka i zaciągnąłem ręczny.
Zacząłem przyglądać się kierowcy. Mężczyzna, może pięćdziesiąt parę lat, siwe włosy, schludnie ubrany. Pochylony nad kierownicą. Głowa chwiejąca się w przód i w tył jak u kogoś, kto walczy ze świadomością. Oczy otwarte, ale nieobecne. Wpatrzone w pustkę. Usta lekko rozchylone. Bełkotał coś niezrozumiale – jakieś urywane słowa, które nie miały sensu.
Pijany?
Nie wiem, dlaczego to była moja pierwsza myśl. Może dlatego, że tak wyglądał. Może dlatego, że widywałem pijanych kierowców. Jednak coś mi tu nie pasowało.
– HALO! Słyszy mnie pan?! – zapytałem głośno, chwytając go za ramię i lekko nim potrząsając.
Nie odpowiedział. Głowa opadła mu na bok. Wtedy zobaczyłem, że próbuje wskazać coś ręką. Słabo, drżąco, resztkami sił, ale wskazuje. Na kieszeń kurtki.
Patrzyłem przez chwilę, próbując zrozumieć. Sprawdziłem szybko jego stan – nie krwawił, nie było widocznych obrażeń zewnętrznych. Oddychał. Puls wyczuwalny. Jednak wyglądał jak ktoś, kto za chwilę straci przytomność. Spojrzałem tam, gdzie wskazywał palcem. Kieszeń kurtki. Sięgnąłem i ostrożnie wyciągnąłem portfel.
Otworzyłem go – zdjęcia rodzinne, prawo jazdy, kilka banknotów – i wtedy to zobaczyłem.
Odblaskowa, plastikowa, żółta kartka.
Wyciągnąłem plastik od razu i zobaczyłem pierwsze litery „MAM CUKRZYCĘ…”
Serce mi zamarło.
Nie pijany. Nie zmęczony. Spadek cukru. Nie czytałem dalej. Nie miałem czasu. Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem do lawety. W schowku zawsze trzymam zapasy – woda, słodkie napoje, banany, czy batoniki. Na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.
Tym razem się przydały.
Chwyciłem puszkę Coli i wróciłem do Dacii. Mając na uwadze, że mężczyzna może w każdej chwili stracić przytomność delikatnie przystawiłem mu napój do ust. Zaczął powoli pić. Małymi łykami. Prawie nieświadomie, ale pił. Minęła minuta. Dwie.
Trzymałem puszkę przy jego ustach, obserwując uważnie jego twarz. Policzki zaczęły odzyskiwać kolor. Oddech stał się równiejszy. Widziałem wyraźną świadomość w jego oczach.
– Co… co się stało? – wyszeptał słabo, ale już znacznie wyraźniej niż wcześniej.
– Zasłabnięcie – powiedziałem spokojnie, wciąż trzymając puszkę. – Spowodował Pan kolizję, ale nic panu nie jest. Spokojnie. Za chwilę przyjedzie karetka.
Zamknął oczy i westchnął ciężko. Otworzył je ponownie. Zobaczyłem, jak łzy napływają mu do oczu.
– Zapomniałem… – wyszeptał. – Zapomniałem zjeść śniadanie. Wiedziałem, że powinienem. Ale spieszyłem się do pracy… myślałem, że zdążę… że nic się nie stanie…
Położyłem rękę na jego ramieniu.
– Teraz już wszystko w porządku – powiedziałem cicho. – Proszę spokojnie oddychać. Pomoc jest już w drodze.
Karetka i policja przyjechały po kilkunastu minutach.
Sanitariusze od razu zajęli się mężczyzną z Dacii – zmierzyli poziom cukru we krwi, założyli kroplówkę, sprawdzili funkcje życiowe. Poziom glukozy był rzeczywiście niebezpiecznie niski, gdyby jeszcze trochę spadł, mógłby stracić przytomność całkowicie. Tymczasem policja zajęła się drugim kierowcą, tym z Mini Coopera.
Stał oparty o swoje auto, blady jak ściana, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie był ranny. Całe uderzenie przyjął na narożnik samochodu. Skończyło się stłuczoną lampą, przestawionym kołem, zarysowanym lakierem. Nic wielkiego. Mimo to kierowca wyglądał na kompletnie… przerażonego. Jak ktoś, kto właśnie zdał sobie sprawę, że mógł zginąć.
Jeden z policjantów podszedł do niego z alkomatem i poprosił o wydmuchanie. Kierowca westchnął i wydmuchał. 0,2 promila.
– Jest pan pod wpływem alkoholu – powiedział policjant rzeczowo, notując wynik.
– Ale ja… – zaczął kierowca, patrząc na policjanta z desperacją. – Ja nie piłem dziś rano! To było wczoraj wieczorem! Impreza firmowa! Myślałem, że już wytrzeźwiałem… przecież minęło kilkanaście godzin…
– „Wczorajszy” to nadal pod wpływem alkoholu – przerwał mu policjant, nie podnosząc wzroku znad notatnika. – Prawo nie rozróżnia, kiedy pan pił. Liczy się tylko wynik badania. Przyjmuje pan mandat, czy jedziemy na badanie krwi?
Kierowca Mini Coopera opuścił głowę. Nie był sprawcą kolizji. Jednak złamał prawo. Przyjął mandat.
Kierowcę Dacii przygotowywano już do transportu do szpitala. Zdążył mnie jeszcze poprosić o zabranie samochodu do czego zabrałem się od razu. Chwilę później policja poprosiła mnie także o pomoc w usunięciu Mini Coopera, żeby usprawnić ruch na obwodnicy. Załadowałem oba auta na lawetę i odwiozłem na plac.
Wracałem do bazy w milczeniu.
W głowie wciąż widziałem „taniec” Dacii na obwodnicy. I tego mężczyznę, który wskazywał na portfel ostatkami sił, walcząc o świadomość.
Czasem można jechać w zupełnie innym celu i na trasie spotkać kogoś w potrzebie. Jechałem wyciągnąć samochód z rowu, a trafiłem na dramat rozgrywający się na żywo, tuż przede mną.
Należy pamiętać, że pozory mylą.
Mężczyzna wyglądał jak pijany. Bełkotał, głowa mu opadała, ruchy były nieskoordynowane. Tylko, że to nie był alkohol. To była hipoglikemia. Spadek poziomu cukru we krwi, który mógł go zabić.
Z drugie strony – kierowca Mini Coopera nie był sprawcą kolizji. To nie on spowodował wypadek. Jednak dostał mandat i punkty karne. Prawo nie patrzy na intencje, ani na okoliczności. Prawo patrzy na fakty. A fakt był taki, że miał 0,2 promila w wydmuchiwanym powietrzu.
W mojej pracy oceniam wszystko rzetelnie. Patrzę na fakty. Staram się nie wyciągać pochopnych wniosków. I pomagam najlepiej, jak umiem.
Czasem pomoc drogowa to nie tylko holowanie uszkodzonego auta.
Czasem to puszka słodkiego napoju i chwila czasu, żeby zauważyć żółtą kartkę w portfelu. Żeby zrozumieć, że człowiek, który wygląda jak pijany, wcale pijany nie jest. Potrzebuje pomocy, a nie osądu. I właśnie dlatego warto być uważnym. Warto obserwować. Zatrzymać się i zapytać.
Nigdy nie wiesz, kiedy Twoja obecność uratuje komuś życie.
Zapisz Nasz numer w swoich kontaktach:
(lepiej mieć i nigdy nie użyć, niż szukać w potrzebie)
📞 Pomoc drogowa 24h/7: +48 790 666 636
Majs Autolaweta działa na terenie: autostrada A4, autostrada A8, droga ekspresowa S8 i droga krajowa nr 94.
Skontaktuj się z Nami, jeśli potrzebujesz holowania po zmroku, naprawy na miejscu lub profesjonalnej obsługi awarii.
Seria opowiadań „Zmrok’n’Hol”, to spojrzenie na świat, który żyje na drodze, gdy zapada ciemność.
Majs Autolaweta dostarcza profesjonalną pomoc drogową – szybko, sprawnie i kompleksowo! Na miejscu tam, gdzie Nas potrzebujesz.
Nasze codzienne zmagania możesz obserwować na Facebooku lub Instagramie.
